Niż demograficzny uderza w prywatną oświatę. Rekrutacja na 2026 rok całkowicie przebuduje rynek

0
143
demografia

O nadciągającym niżu demograficznym w oświacie mówiło się od lat, ale zawsze w kategoriach problemu z odległej przyszłości. Rok 2026 brutalnie weryfikuje to myślenie. Ostry spadek urodzeń, tysiące wolnych miejsc w państwowych przedszkolach i pierwsze zamknięcia prywatnych placówek to już nie teoria, a nowy obraz rynku. Dla właścicieli i dyrektorów demografia przestała być tłem dla biznesu – stała się głównym zagrożeniem. Poniżej pokazujemy na twardych danych, z czego wynika ten wstrząs, i pytamy ekspertkę, co robić, żeby nie wypaść z gry.

Demografia nie wybacza

Zostawmy na chwilę branżowe intuicje i popatrzmy w liczby. W 2017 roku urodziło się u nas ponad 400 tysięcy dzieci. Był to czas, w którym niepubliczne placówki po prostu przebierały w chętnych, a listy rezerwowe ciągnęły się w nieskończoność. Sześć lat później, w 2023 roku, wynik ten zjechał do 272 tysięcy. Z kolei najnowsze dane za 2024 rok pokazują zaledwie 252 tysiące urodzeń. Co najgorsze, poziom z 2023 roku, według dawnych prognoz ONZ, Polska miała osiągnąć dopiero w połowie stulecia. Szorujemy po dnie trzy dekady szybciej, niż ktokolwiek zakładał.

Nasza dzietność wynosi obecnie 1,16. Według wielu źródeł utrzymuje się jednak tylko nieco powyżej 0,9 – to najniższy poziom dzietności w całej Europie! Do zwykłej zastępowalności pokoleń brakuje nam prawie połowy (próg wynosi ~2,1). Dla właściciela prywatnej podstawówki czy przedszkola rachunek jest boleśnie prosty. Dzieci, które w najbliższych latach miałyby zasilić system, już się urodziły. Trzylatki, które wejdą do naboru na wrzesień 2026 roku, to właśnie ten chudy rocznik 2023. Jest ich w kraju o 33 tysiące mniej niż rok wcześniej. Z kolei w 2030 roku ta kurcząca się grupa trafi do pierwszych klas szkół podstawowych. Żeby złapać skalę: w roku szkolnym 2024/2025 mieliśmy 413 tysięcy pierwszoklasistów. To oznacza zjazd o 30 procent w ciągu sześciu lat.

GUS szacuje wprost, że do 2034 roku ubędzie nam prawie jedna piąta wszystkich uczniów. Kto planuje biznes na kolejne sezony, musi wpisać to sobie do tabeli w Excelu na czerwono. Przy tak szybko kurczącym się popycie mądrze poprowadzony marketing edukacyjny przestaje być stratą pieniędzy. Staje się narzędziem przetrwania. Placówka, która tego nie zrozumie, po prostu zwinie żagle.

Bańka rosła przez dekadę

Żeby pojąć obecny problem, trzeba spojrzeć w niedaleką przeszłość. Sektor prywatny w Polsce rósł bez przeszkód przez kilkanaście lat. W sezonie 2010/2011 działało 8,8 tysiąca przedszkoli pod opieką mających 817 tysięcy dzieci. Dziesięć lat później placówek było 22 tysiące z 1,5 miliona maluchów. Obecnie samych przedszkoli stricte niepublicznych mamy sześć tysięcy i odpowiadają za blisko 40% krajowego systemu. Kiedy dodamy do tego 1600 niepublicznych szkół podstawowych i żłobków, robi się z tego potężny biznes.

Ten gwałtowny rozrost miał podstawy. Państwowe placówki często pękały w szwach. Rodzice woleli wydać własne pieniądze za mniejsze grupy, elastyczne godziny pracy i rzetelne zajęcia. Biznes kwitł, a kto otwierał szkołę dziesięć lat temu, miał z głowy problem z pozyskaniem klienta.

Haczyk polega na tym, że ta wspaniała infrastruktura, setki budynków i tysiące etatów, powstała pod roczniki po 400 tysięcy urodzeń. Dzisiaj w te same mury wchodzą roczniki o sto kilkadziesiąt tysięcy mniejsze. Tego nie da się ukryć. Już w roku szkolnym 2024/2025 liczba dzieci objętych edukacją przedszkolną spadła z roku na rok o 60 tysięcy. Jednocześnie po raz pierwszy zanotowano spadek fizycznej liczby działających placówek prywatnych. Branża nie potrafi odnaleźć się w nowej nadpodaży.

Samorządy obudziły się i idą po swoje

Do niedawna dyrektor placówki prywatnej nie traktował państwowych szkół jako bezpośredniej konkurencji. W sektorze publicznym królowała sztywna biurokracja, brakowało zajęć, a placówki zamykano wczesnym popołudniem. Rodzic oczekujący konkretów, szedł do sektora prywatnego.

Ten podział przeszedł do historii. Gminy poczuły niż na karku. Muszą utrzymać obiekty, z których uciekają dzieci, opłacić kadry, a na domiar złego ustawa zmusza je do wysokich dotacji dla jednostek niepublicznych. Gminy przestały się biernie przyglądać. Publiczne placówki wydłużają godziny otwarcia, wrzucają do darmowej oferty języki obce, rytmikę i logopedów. Część samorządów zniosła opłaty za nadliczbowe godziny. Dziś państwowe przedszkole potrafi prowadzić świetnego Facebooka i dbać o opinie.

Liczby z wielkich miast są bezwzględne. Po pierwszej turze publicznych naborów na 2026/2027 w Warszawie pozostało 4700 wolnych miejsc. Kraków ma ponad dwa tysiące wakatów, Poznań 1400. Każde z tych miejsc oznacza, że rodzice nie zapłacą czesnego na wolnym rynku. Dla właścicieli to pętla. Przychody spadają, a koszty czynszu rosną.

Oliwy do ognia dolewa polityka. Samorządy tną oddziały – Łódź w trzy lata wycięła ich 70, a Lublin ponad 30. Przy cięciach coraz mocniej naciskają na władze, by uciąć dotacje dla prywatnej oświaty. Sytuację celnie punktuje dr Mikołaj Lisewski, doktor nauk społecznych i szef agencji oświatowej, który wprost nazywa obecny stan „twardym sprawdzianem menedżerskim”. Dyrektor, który nie umie zarządzać na trudnym rynku, pożegna się z biznesem.

Koniec z działaniem po omacku. Rozmowa z praktykiem

Zapytaliśmy o kulisy zarządzania kryzysowego osobę z pierwszej linii. Katarzyna Szewczyk jest koordynatorką projektów w agencji Edumark.pl. Od lat doradza właścicielom placówek, wyciągając ich z rekrutacyjnych tarapatów.

Redakcja – Jak zmieniło się codzienne zarządzanie placówką na przestrzeni tych chudszych lat?

Katarzyna Szewczyk – To jest przewrót w myśleniu właścicieli. Przez długie lata dyrektor nie musiał sprzedawać usług. Telefony dzwoniły same. Dziś karta się odwróciła. Ci sami dyrektorzy dzwonią z pytaniem, jak zwiększyć nabór w szkole prywatnej, ponieważ sale stoją puste. Zderzamy się ze ścianą popytu, ale też z nowym klientem. Dzisiejszy rodzic to osoba z pokolenia cyfrowego, która najpierw prześwietli historię placówki w internecie. Szefowie placówek muszą przestać myśleć w kategoriach pedagoga, a zacząć działać jak menedżer walczący o klienta. Kto tego nie zrobi, szybko zwinie interes.

Redakcja – Czy ten mityczny marketing edukacyjny to nie jest po prostu puszczenie ulotek na wiosnę i post na Facebooku?

Katarzyna Szewczyk – Ulotka działała dekadę temu. Suchy komunikat o naborze nie załatwia niczego. Wybór edukacji dla dziecka to decyzja naładowana emocjami, ale z drugiej strony – według naszych autorskich badań w Edumark, proces ten zajmuje średnio aż 76 dni. W tym czasie rodzice chodzą od placówki do placówki, nieważne, czy to przedszkole, czy szkoła. Chodzą dosłownie, jak i w przenośni – wirtualnie, sprawdzając fanpage placówek, porównywarki oraz strony internetowe.

Tu budujemy zaufanie długofalowo. W Edumark sprzedajemy wizję bezpiecznego rozwoju. Komunikacja musi pokazywać prawdziwe wnętrze placówki – pracę nauczycieli, metodologię. Wchodzimy w ten dialog na długo przed rekrutacją.

Redakcja – Kiedy placówka układa sobie sensowny plan komunikacji, co to realnie daje jej w budżecie?

Katarzyna Szewczyk – Po pierwsze zdejmujemy z nich pelerynę niewidzialności. Mamy szkoły z wybitnym programem, ale jeśli sąsiedzi o tym nie wiedzą, te zalety są bezużyteczne przy naborze. Po drugie uświadamiamy dyrektorom, że taniej utrzymać zadowolonego klienta, niż walczyć o nowego. Komunikacja z rodzicem to lojalność. Zadowolony rodzic zostaje, a w dodatku robi za ambasadora, promując szkołę pocztą pantoflową.

Redakcja – Jakie głupstwa najczęściej popełniają dyrekcje, widząc malejące słupki zgłoszeń?

Katarzyna Szewczyk – Dyrektorzy często panikują, co prowadzi do wojny cenowej. Widzą darmowe przedszkole obok, więc tną czesne. To biznesowe samobójstwo. Sektor prywatny nie ma szans na rywalizację z miastem. Jedyna droga to żelazna jakość. Tnąc budżet, odcinają pieniądze na kadrę. Stają się przeciętni i tracą atut, za który rodzic był gotów zapłacić. Drugim grzechem jest akcyjność. Budzą się w lutym i liczą na pełne sale we wrześniu. A rodzic sonduje rynek przez cały rok.

Redakcja – Co – tak po ludzku – doradziłaby Pani Dyrektorom i Dyrektorkom, którzy w obliczu niżu nie wiedzą, jakie działania podejmować w placówkach edukacyjnych?

Katarzyna Szewczyk – Heh, powiedziałabym wprost: drodzy Dyrektorzy, drogie Dyrektorki – zejdźcie na ziemię i oprzyjcie się na twardych danych… Niż w oświacie to fakt, ale nabór się wcale nie kończy. Po prostu trzeba robić jeszcze więcej. Zadbajcie więc o wizytówki, reagujcie na opinie i budujcie wizerunek eksperta.

Jeśli nie wiecie od czego zacząć, wejdźcie na stronę https://edumark.pl – tam udostępniamy wiedzę dopasowaną do polskich warunków. Zakazana jest walka na ceny z sektorem publicznym. Róbcie swoje, trzymajcie jakość i pożegnajcie konkurencję, która podeszła do tego w sposób lekceważący. Słowem: autentyczna marka przetrwa kryzys demograficzny. Na serio.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here